Sadzenie ma znaczenie!

Witold Szwedkowski / fot. J. Rzechanek

Witold Szwedkowski jest aktywistą Miejskiej Partyzantki Ogrodniczej. Sadzi rośliny w tkance miasta, powołał do życia Międzynarodowy Dzień Siania Dyni w Miejscach Publicznych i Schronisko dla Niechcianych Roślin. Prowadzi warsztaty, na których popularyzuje uprawy okienne, ogrody społeczne i zbieractwo dziko rosnących roślin jadalnych. Aktywnie działa przekonując, że „sadzenie ma znaczenie”.

Skąd pomysł na twoją aktywność proekologiczną?

Nie wiem, chyba z potrzeby czasu i miejsca. Jakoś tak się zaczęło, że kilkanaście lat temu wziąłem szpadel skopałem klepisko pod blokiem, które kiedyś było trawnikiem, wsadziłem kilka kwiatów. Nie robiłem tego z pobudek społecznych, zrobiłem to dla siebie. Bo wchodząc i wychodząc z klatki schodowej kilka razy dziennie mijałem ten żenujący obraz nędzy i marazmu. Okazało się, że ktoś to zauważył, pochwalił, ktoś inny zajął się kawałkiem gruntu przy sąsiedniej klatce schodowej. Coś zaczęło się dziać. Spodobało mi się, że mam na coś wpływ, że mogę kształtować otoczenie wokół siebie. No, a potem ktoś nazwał mnie aktywistą.

Czym konkretnie zajmujesz się w ramach swoich działań?

Sadzę drzewa, krzewy, pnącza i pielęgnuję je, gdy tego potrzebują. Robię to na terenach, które są dostępne dla wszystkich mieszkańców, a o których zapomnieli prawowici administratorzy. Myślę, że tym samym inspiruję innych. Widzę rezultaty tego, w postaci kontynuowania nasadzeń i doglądania ich przez mieszkańców. Prowadzę też warsztaty z rozpoznawania dziko rosnących roślin jadalnych w przestrzeni miasta i wspieram społeczności w zakładaniu ich własnych ogrodów społecznych. Jestem też animatorem wymiany roślin w ramach Schroniska dla Niechcianych Roślin. Jest to nie tyle miejsce, co mechanizm działania i to nie rośliny doniczkowe są najważniejsze, a relacje towarzyskie, które się dzięki nim zawiązują. Ludzie się poznają, odkrywają, że mają podobne pasje, podobne wartości. Dzięki temu rośnie płaszczyzna porozumienia, wzrasta zaufanie i ogólnie – żyje się lepiej. Czyli zaczęło się od Miejskiej Partyzantki Ogrodniczej, a zahacza już o edukowanie na temat  społecznej roli zieleni w mieście.

Zatem z czego lub kogo jesteś najbardziej dumny?

Najbardziej jestem dumny z aktywistek i aktywistów, którzy z zapałem realizują misję Schroniska dla Niechcianych Roślin. Kilka lat temu wpadłem na taki pomysł i wspomniałem o nim w jakiejś dyskusji. Okazało się, że zainspirował parę osób. Dziś wspólnie realizujemy ideę schroniska oplatając siecią kontaktów niemal cały kraj. Z większością znam się tylko dzięki Internetowi, z paroma osobami jestem w kontakcie telefonicznym. Cieszy mnie to niezmiernie, że ta zielona machina może sprawnie funkcjonować bez kierownictwa, formalnych struktur, nakazów i rozliczania. Można powiedzieć, że to anarchia w najlepszym znaczeniu tego słowa. Wszystko oparte na zaufaniu, wymianie i dobrowolności. Dlatego działa.

Czym kierujesz się w życiu?

Jakoś tak od moich najmłodszych lat jak coś robiłem, to z takim punkrockowym pierwiastkiem – DIY, do it yourself, zrób to sam… Ojciec był inżynierem, a matka nauczycielką i nauczyli mnie takiej samodzielności. „Nie wiesz? Tutaj znajdziesz odpowiedź” i wskazywali na stosowną część biblioteczki. Byli moją wyszukiwarką.  Koledzy też mieli niemały wpływ bo ciągle coś wymyślaliśmy, że wyglądało to jak zadanie niemożliwe – coś jakby „jak zrobić z gliny zegarek”.  Więc myślę, że taką dewizą życiową jest: zacznij tam gdzie jesteś, z tym co masz i zrób z tym, co możesz. No ale trzeba pamiętać, że często na efekty trzeba będzie poczekać. Oczywiście nie siedząc, tylko obsiewając kolejne pole aktywności. Zresztą człowiek, który sobie poradził w Nowym Jorku, wszędzie sobie poradzi.

Dlaczego warto działać?

Bo działanie ma sens. To jest sól życia, coś co nadaje mu smak. Nie wyobrażam sobie, żebym leżąc na łożu śmierci mógł żałować, że zrobiłem coś dla dobrego samopoczucia siebie i ludzi wokół, że podjąłem jakiś wysiłek dla podniesienia jakości otoczenia, w którym żyłem. Jak można żałować, że posadziło się drzewo, żywopłot i kwiaty pod oknem? Warto to robić właśnie dla samego działania.

Jak powinien wyglądać ten świat?

Świat, w którym żyjemy jest  najlepszy bo jedyny jaki jest dla nas dostępny. Niestety ludzie nie doceniają tego i myślą, że to jakiś niewyczerpany spadek po przodkach, który można ot tak, trwonić. Ale to bardziej pożyczka od dzieci i wnuków. Odchodząc będziemy oddawać. Jakoś nie wypada oddawać w gorszym stanie niż się pożyczyło. Kiedyś czytałem książkę Antoniego Halika „Z kamerą i strzelbą przez Mato Grosso”. Ta część Brazylii była opisana jako prawdziwie dzikie ostępy leśne, w które niebezpiecznie jest zapuszczać się samemu. Niedawno dzięki Internetowi oglądałem zdjęcia tamtego regionu i niedowierzałem – dżungla wykarczowana, a obszar wielkości Polski przeznaczony pod uprawy zbóż i soi na pasze dla krów, a krowy na mięso. Zjadamy Amazonię. To przygnębiające. Zwłaszcza w zestawieniu z myślą,  że w pojedynkę nie naprawimy świata. Ale możemy zacząć od własnego okna, od podwórka. Dosłownie! Potem wziąć się za najbliższy skwer, a z czasem znajdziemy osoby, które chętnie się do nas przyłączą.

Jakie masz marzenia?

Chciałbym powiedzieć, że marzę o pokoju na świecie, o tym, żeby wszystkie delfiny były wolne, żeby zaprzestać wycinki lasów deszczowych i tak dalej. Ale nie jestem finalistką wyborów Miss Świata. Moje marzenia są bardziej osobiste i raczej przyziemne. Przydałby się jakiś fajny kawałek ziemi do uprawiania ziół i dyń, oraz parę różnych drzew i krzewów owocowych. Może być i w mieście, lubię fajne miasta.


Galeria zdjęć Witold Szwedkowski / fot. J. Rzechanek

data: 2017-10-08


Komentarze