Witold Kempa

Witold Kempa fot. B. Barczyk

Prezes Interaktywnego Domu Produkcyjnego Netizens. Z wykształcenia programista, od zawsze zajmuje się technologią. Skończył Politechnikę Śląską na kierunku Automatyka Informatyka i Elektronika.

Łączymy świat on-line i off-line tak, żeby ludziom żyło się lepiej. Nasza firma mieści się w miejscu, które kiedyś było fabryką przemysłową, a teraz jest fabryką myśli.

Kiedy przygotowywałem się do wywiadu, spotkałem się terminami, których nie rozumiem. Musiałem parę słów zapisać na kartce, ponieważ bym ich nie zapamiętał.

- ( śmiech) Kiedyś myślałem, że całe swoje życie będę tworzył oprogramowanie, ale powołaliśmy Netizens i wszystko się zmieniło. Pod tą nazwą kryją się takie pojęcia jak technologie, innowacja i poszukiwanie szans produktowych w obszarze łączenia świata wirtualnego i realnego.

Komputery towarzyszyły Panu od dzieciństwa. Czy pamięta Pan pierwszy kontakt z tym urządzeniem?

Musimy się cofnąć do prehistorii, do czasów epoki kamienia łupanego informatyki. Pierwszym komputerem, który zobaczyłem był superkomputer klasy Odra wraz elementami systemów ICL zainstalowany w Centrum Informatyki i Badań Ekonomicznych Hutnictwa. Zadaniem tego komputera było liczenie płac oraz dostarczanie syntetycznych danych dot. hutnictwa. Miałem kilka lat, kiedy mój tata, który pracował w tym miejscu, zabrał mnie do sali komputerowej, gdzie wymagane było utrzymywanie temperatury powietrza 23 stopnie Celsjusza, żeby komputer mógł prawidłowo pracować. Pamiętam gigantyczne szafy ciągnące się wzdłuż ścian, wyglądało to jak kilometry autostrad. Tata posadził mnie na wózku służącym do dostarczania kart perforowanych (służących do programowania komputera), a ja słuchałem jego opowieści jak to wszystko działa. Tak, pomału, rodziła się we mnie fascynacja technologią.

Czy pamięta Pan emocje jakie towarzyszyły pierwszemu kontaktowi z komputerem?

“Gwiezdne wojny” które pojawiły się w latach 70-tych i moment, w którym pierwszy raz zobaczyłem komputer połączyły się w jedno. Poczułem, że tam gdzie pracuje mój tata jest ten kosmos, którym tak się zachwyciłem w kinie. To wszytko było trochę zakręcone, ale tak to zapamiętałem.

Trzeba pamiętać, że to były czasy, kiedy nie było czegoś takiego jak personalny, domowy komputer, nie było Microsoftu ani Apple. Nieliczni ludzie wtedy mieli dostęp do komputerów. To była swego rodzaju kasta osób, które robiły rzeczy wykraczające ponad przeciętność. Wszystko było tak nowe, że poza ich własnym środowiskiem nawet nie było sensu poruszać tematu komputerów, ponieważ nikt inny tego nie rozumiał.

Czy wtedy myślał Pan o tym, że świat kiedyś będzie zupełnie inny, że komputery będą dostępne na każdym kroku?

Nie, wtedy chciałem zostać pilotem gwiezdnego myśliwca (śmiech). Oczywiście nie zdawałem sobie sprawy, że część  tej filmowej historii będzie tym, czym teraz zajmuje się moja firma.

Rozumiem, że w domu rodzinnym nigdy nie było dylematu, co trzeba kupić: nowy komputer czy pralkę.

Nawet nie chodzi o komputer, ale o całe zaplecze elektroniczno-techniczne. Jeśli jest się inżynierem (a mój ojciec jest inżynierem przez duże INŻ.), posiada ścisły umysł, wtedy człowieka fascynują technologie i wszystkie dobra, które one przynoszą. W moim przypadku na pewno dobra wieża hi- fi czy kolorowy telewizor pojawiały się szybciej niż sprzęt kuchenny (śmiech). Nie do końca takie podejście odpowiadało mojej mamie. Mama z wykształcenia jest lekarzem medycyny, humanistką, więc miała inne priorytety. Natomiast chętnie korzystała z osiągnięć techniki. Pamiętam, kiedy zjechała się do nas cała rodzina oglądać mecze reprezentacji Polski na kolorowym ekranie telewizora podczas mistrzostw świata w piłce nożnej. Telewizor w domu integrował ludzi. Rodzice są Ślązakami i ta integracja rodzinna zawsze odgrywała istotną rolę. W tamtych czasach technologia wpływała na wzmacnianie relacji z bliskimi. Szok prawda?

Też czuję się humanistą. Zajmujecie się czymś takim jak scalanie świata on-line off-line. O co w tym chodzi?

To jest coś, z czym każdy się na co dzień spotyka. Dziesięć lat temu internet był jeszcze zamknięty w swoim własnym świecie. Żeby się dostać do niego trzeba było mieć komputer stacjonarny czy laptopa z modemem, za pomocą którego „wdzwanialiśmy” się do tego cudownego świata. Przeglądaliśmy w nim wszystko, co tam się znajdowało, po czym się wylogowywaliśmy i byliśmy poza nim. Kilka lat temu pojawiły się nowe urządzenia, w których internet jest cały czas obecny oraz wpływa na to co się wokół nas dzieje.

Jeżeli korzystamy z map Google, to jest to ewidentnie usługa osadzona gdzieś w on-line, a wpływa na to jak poruszamy się w off-line. To jest prosty przykład, natomiast to czym my się zajmujemy, to już są bardziej skompilowane kwestie. Podam przykład: mamy aplikację firmową, która jest dedykowana na smartfony , w ramach której udostępniamy możliwość wzajemnego doceniania się walutą zwaną neciakami przez wszystkich członków zespołu Netizens . To jest nasza wewnętrzna wirtualna waluta. Za dobry pomysł, za pomoc w rozwiązaniu problemu lub za zażegnanie sytuacji kryzysowej każdy pracownik w formie podziękowania może otrzymać od kolegi wirtualnego „neciaka”, którego dzięki aplikacji może wymienić w szafie wydającej prezenty na snacki, napoje i inne nagrody, które w niej się znajdują. Czyli „waluta” jest w on-line, ale efekt mamy w off-line - świecie realnym, dzięki stojącej na środku Netizens maszynie vendingowej.

To ciekawy sposób motywacji ludzi. Jesteście innowacyjni nie tylko na poziomie technologii, ale także w aspekcie kontaktów międzyludzkich.

Tak. Poszukujemy rozwiązań, które służą motywacji uznając, że dotychczasowe sposoby motywowania nie sprawdzają się. Ludzie powinni czuć się dobrze w pracy. Moim marzeniem jest doskonalenie środowiska pracy właśnie w takim kierunku. Stworzenie organizacji i miejsca, w którym wszyscy mają szanse realizować siebie w tym, co robią – to idealny cel prawda?  

W firmie pracuje sporo młodych ludzi - to jest już inne pokolenie. To ludzie, którzy inaczej myślą, mają zupełnie inne możliwości. Pracują na Śląsku, ale czują się obywatelami świata.

Przede wszystkim posiadają wielką wartość. Chodzi o umiejętność abstrakcyjnego myślenia. Potrafimy sprawniej opracowywać rozwiązania niż nasi zachodni partnerzy. Po kilku latach ciężkiej pracy zostaliśmy docenieni w wielu krajach jako specjaliści, którzy potrafią skutecznie rozwiązać wszelkie problemy technologiczne.

Bardzo cieszy nas, że rozwiązania, które proponujemy są uznane za doskonałe przez naszych zachodnich klientów. To bardzo motywuje wszystkich i daje poczucie, że jesteśmy dobrzy w tym, co robimy. Obecnie dostarczamy projekty i usługi do Niemiec, Hiszpanii, Danii czy Wielkiej Brytanii i USA. Cieszy fakt, że skutecznie dostarczamy usługi programistyczne, gotowe oprogramowanie, jak i urządzenia elektroniczne zaprojektowane u nas lokalnie.

Bardzo dbamy również o poziom relacji z naszymi partnerami zagranicznymi i dziś możemy powiedzieć, że udało nam się zbudować wysoki poziom zaufania do naszych kompetencji. Jako przykład tego zaufania mogę wspomnieć o współpracy z organizacją 27names. To sieć 27 agencji reklamowych z całej Europy. Mieliśmy przyjemność poprowadzić warsztaty dla dyrektorów strategicznych i kreatywnych podczas ich kilkudniowego zjazdu we Włoszech, gdzie nasi specjaliści omawiali sposób zastosowania innowacyjnych technologii w świecie marketingu. Efektem warsztatów było samodzielne opracowanie wdrożenia strategii marketingowej wykorzystującej Netizensowe innowacje w ramach zadanego tematu. Nasi zachodni Partnerzy byli pod wielkim wrażeniem poziomu naszej wiedzy. Dzięki tym warsztatom nawiązaliśmy wiele bezpośrednich relacji i zrealizowaliśmy już kilka naprawdę ciekawych projektów.

Czyli można powiedzieć, że kiedyś tym cennym kruszcem był węgiel na Śląsku, a teraz są nim młodzi ludzie.

Dokładnie. Młodzi, wykształceni, świadomi technologii ludzie. Dla nich nie ma barier, dzięki czemu są bardziej twórczy, otwarci na to, co podpowiada im wyobraźnia i potrafią to przekuć na konkretne projekty.

Wasi kontrahenci na pewno mieli problem z tym, że nie działacie w stolicy, gdzie zapada wiele biznesowych decyzji. Wy jednak postanowiliście zostać na Śląsku. Jak przekonaliście ludzi, że to, że jesteście tutaj, możne być atutem?

Jest to problem wszystkich krajów. W każdej stolicy koncentruje się biznes i dla wielu wydaje się oczywiste, że tylko tam można się rozwijać. Przełamanie tego stereotypu było trudne, pokutował też stereotyp Górnego Śląska jako regionu przemysłowego. W przełamywaniu tego myślenia pomogło wielu Ślązaków, którzy stąd wyjechali i zmieniali wizerunek tego miejsca. Nastała swoista moda na Śląsk.

To nam również pomogło, przyszedł moment, kiedy bycie Ślązakiem stało się marka samą w sobie.

Wasza siedziba mieści się w poprzemysłowym obiekcie. Czy ten wybór miał podkreślić waszą identyfikację z regionem?

Zdecydowanie tak. Kiedyś była to fabryka przemysłowa, teraz to miejsce jest fabryką myśli.

Industrialne wnętrze daje nam oddech, jest tu dużo przestrzeni, która sprzyja pracy kreatywnej. To miejsce ma swoją historię. My ją tylko wzbogacamy i dajemy nowe życie tym murom.

Uznaliśmy, że chcemy mieć taki link do przeszłości, z której się wywodzimy. Dlatego nasze pomieszczenia nazywają się tak jak różne miejsca na kopalni, np. miejsce naszych spotkań nazywa się cechownią, sale konferencyjne mają nazwy szybów wyciągowych najbliższych kopalń, biuro prezesa nazwaliśmy holding. W ten sposób edukujemy i uczymy naszej historii ludzi, którzy nas odwiedzają.

 

 

Galeria zdjęć Witold Kempa fot. B. Barczyk



Komentarze