Kulturoholicy zmieniają świat

Marta Frej i Tomasz Kosiński / fot. J. Rzechanek

Tworzą sztukę społecznie zaangażowaną, aktywizują do niesztampowych działań artystycznych. Promują Częstochowę jako miasto otwarte i różnorodne, realizują w nim festiwal Arteria. Są uzależnionymi od kultury i sztuki Kulturoholikami. Marta Frej i Tomasz Kosiński opowiadają o tym jak zmieniają świat.

- Marta, opowiedz nam proszę skąd wziął się pomysł na Kulturoholizm, czyli jak to wszystko się zaczęło?

Marta Frej: Zaczęło się od tego, że zdecydowałam się na pozostanie w Częstochowie. Tu co prawda się urodziłam, ale stąd wyjechałam i niekoniecznie chciałam wracać, by zostać na dłużej. Na szczęście przyjechał do mnie z Warszawy Tomek (Tomek Kosiński – partner Marty) i po długich dyskusjach uznaliśmy, że nie mamy w tym mieście tego, czego potrzebujemy, czyli kontaktu z żywą, współczesną sztuką. Najlepiej taką, która odnosi się  od rzeczywistości, próbuje naprawiać świat i jest też rodzajem laboratorium społecznego, czyli czegoś na czym nam bardzo zależało. Tomek jako człowiek czynu, stwierdził, że zamiast narzekać musimy zacząć działać i jeżeli czegoś nie mamy, to po prostu musimy sobie to…zrobić sami (śmiech). W ten sposób narodziła się idea festiwalu sztuki w przestrzeni publicznej, który realizujemy od ośmiu lat. Pierwszą imprezą jaką zrobiliśmy była sztuka pokazana w tramwaju wynajętym od częstochowskiego MPK. Był to zabytkowy tramwaj, który jeździł podczas nocy kulturalnej i był pełen sztuki. Bardzo fajnie w sumie to wyszło. Podczas tamtej nocy dziennikarka zapytała mnie, co będziemy dalej robić i wymyśliliśmy „na biegu”, że robimy festiwal. Mamy bowiem pomysł, by zmienić Aleje Najświętszej Marii Panny, na których na początku skupiliśmy swoje działania,  w taką galerię sztuki, do której wszyscy wchodzą bez żadnego problemu. Z współczesnymi whitecub'ami jest tak, że ludzie często boją się tam wchodzić, bo boją się że nie będą wiedzieli jak zareagować. Boją się, że nie odróżnią tzw. "wieszaka na ubrania z reklamy" od dzieła sztuki. My chcieliśmy przekonać ludzi, że sztuka współczesna jest przychylna, prosta, potrzebna, że dzięki niej można poprawiać sobie jakość życia i świetnie się przy tym bawić i uczyć. I tak to się właśnie zaczęło.

- Ciekawi mnie jak ludzie odbierają wasz festiwal? Jak wiemy, Częstochowa jest jednak kojarzona głównie z wydarzeniami o charakterze sakralnym, a wy chcecie pokazać miasto również od innej strony ?

MF: Powiedziałeś, że Częstochowa jest bardzo sakralna i że tak jest postrzegana. Mamy nawet ksywę "medaliki" w całej Polsce. Ale to nie koniecznie pokrywa się z rzeczywistością, ponieważ mieszkańcy i mieszkanki Częstochowy nie są wcale bardziej wierzący, wierzące i bardziej oddane kościołowi. Miasto  narodziło się w dobie rewolucji przemysłowej, ma korzenie robotnicze i zawsze było tak zwane "czerwone". Większość ludzi tutaj przyjechała do pracy w hucie, do pracy w zakładach włókienniczych. Trochę jak w Łodzi. Dlatego, to jak jesteśmy postrzegani na zewnątrz, nie odzwierciedla tego, jaka jest prawda i nie odzwierciedla jacy się czujemy. Czujemy się tacy sami jak wszyscy inni w całej Polsce. Mamy takie same problemy i takie same potrzeby, a ze sztuką współczesną radzimy sobie świetnie. My też bardzo staramy się na festiwal zapraszać artystów i artystki, którzy chcą pracować z ludźmi i mają z nimi dobry kontakt. Ponadto którzy są w stanie - od samego początku do samego końca - tych ludzi włączać w proces twórczy, tłumaczyć, zapraszać, czerpać od nich wiedzę, wymieniać się. Tutaj nie ma żadnego problemu z percepcją  sztuki, bo myślę że potrzebujemy tego tak samo jak wszyscy ludzie w całej Polsce.

- Czyli jednym słowem, festiwal  to nie sztuka dla sztuki, ale sztuka dla ludzi?

MF: Zdecydowanie. My z Tomkiem oboje jesteśmy miłośnikami sztuki społecznie zaangażowanej. Sztuki, która działa. Sztuki, która nastawiona jest na proces i na wzajemne uczenie się i na wzajemne eksperymenty społeczne przede wszystkim. Nie jesteśmy w ogóle zainteresowani sztuką, która ma komuś poprawiać humor na zasadzie estetyzowania przestrzeni czy ładnych obrazków. Taką sztukę też oczywiście dopuszczamy. Wiemy że taka istnieje, ale nas ona nie interesuje. My ładnych obrazków mamy po prostu po dziurki w nosie. Chcemy brać udział w wydarzeniach artystycznych. Pracować z artystami, artystkami, którzy chcą zmieniać świat przy użyciu narzędzi, które daje sztuka. A sztuka daje duże możliwości, bo jest takim polem, na którym można pozwolić sobie na więcej niż w innych dziedzinach. Można potraktować ją jako pewnego rodzaju poligon doświadczalny. Artystom i artystkom się więcej wybacza. Mają też zupełnie nieszablonowe i nietypowe podejście. Mają możliwość łączenia różnych dziedzin swojej pracy i to jest niezwykle inspirujące, niezwykle potrzebne i też jest to taka wielka możliwość którą staramy się wykorzystywać.

- A gdybyś mogła jednym zdaniem zdefiniować nazwę "Kulturoholizm", ponieważ jest dość specyficzna…

MF: "Kulturoholizm" to jest termin wymyślony przez Tomka,  który bardzo cierpi z tego powodu, że jesteśmy narodem nękanym przez różne niszczące nas nałogi i uznał, że „kulturoholizm” jest nałogiem, który ma same pozytywne aspekty. Jest tani, zdrowy, szybko się rozprzestrzenia i należy go propagować. Stąd właśnie nazwa.

- Tomku, wielokrotnie już wspominałeś jak ważna dla ciebie jest partycypacja. Wyjaśnij proszę, na  czym polega partycypacja społeczna prowadzona przez kulturoholików?

 Tomasz Kosiński: Staramy się przekonać mieszkanki i mieszkańców miasta, że niezmiernie istotnym jest, żeby nie ograniczali się jedynie do oczekiwań, ale żeby przejmowali inicjatywę. Idąc za tezami postawionymi przez Rafała Górskiego w książce "Bez państwa – demokracja uczestnicząca w działaniu" od 8 lat staramy się ich przekonać do codziennej pracy i dbałości o dobro wspólne. Robimy to w sposób nam bliski, bo wykorzystując narzędzia, których dostarcza nam sztuka współczesna.

- Czy z tego jesteś najbardziej dumny?

TK: Dumny najbardziej jestem z Marty, z jej pracy w imię poprawy sytuacji kobiet w Polsce. Uważam, że jej zaangażowanie na tym polu jest nie do przecenienia. Niejednokrotnie jestem świadkiem odbioru jej prac i działania w sytuacji konfrontacji z odbiorczyniami i odbiorcami i jest to przeżycie niezwykłe. To dowód na to, że sztuka może działać bezpośrednio, że może wpływać na realne zmiany. A za największy sukces uważam realizowany od 7 lat Festiwal Sztuki Współczesnej w Przestrzeni Publicznej Arteria. To duże wyzwanie realizowane w mieście, gdzie sztuka współczesna nie cieszy się największym uznaniem. Mimo to udało nam się zostawić trwały ślad, który mam nadzieję będzie miał swoje konsekwencje w przyszłości.

- Teraz zapytam, tak trochę filozoficznie,  Tomku, jak według  Ciebie powinien wyglądać ten świat? 

TK: Pozwolisz, że odpowiem też filozoficznie. "Każdy człowiek, zagłębiony w siebie, zachowuje się tak, jakby nie obchodził go los innych. Własne dzieci i przyjaciele stanowią dlań całą ludzkość. Jeśli chodzi zaś o kontakty ze współobywatelami, to może w nich uczestniczyć, ale ich nie dostrzega; dotyka ich, ale nie czuje; żyje wyłącznie w sobie i dla siebie. W takich warunkach nadal w jego umyśle istnieje świadomość więzi rodzinnych, ale nie ma już poczucia więzi społecznych". Właśnie ta myśl Alexisa de Tocqueville jest mi szczególnie bliska, ponieważ precyzyjnie oddaje zagrożenia, które w moim odczuciu nie pozwalają nam rozwijać się w sposób właściwy.

- Zatem jakie jeszcze masz z Martą  marzenia do spełnienia?

TK: Uważam, że mamy razem z Martą jeszcze wiele do zrobienia i dość energii, żeby działać. Nadszedł czas na zmianę dekoracji i odczuwamy głęboką potrzebę na zmianę otoczenia. Coraz częściej spoglądamy w stronę Śląska, jego potencjału i jesteśmy bliscy decyzji, aby właśnie tam kontynuować naszą pracę. Mamy nadzieję, że przywita nas z otwartymi ramionami (śmiech).

- Zapraszamy (śmiech)

Galeria zdjęć Marta Frej i Tomasz Kosiński / fot. J. Rzechanek Marta Frej i Tomasz Kosiński / fot. J. Rzechanek

data: 2017-12-04


Komentarze