Ewa Sternal

Ewa Sternal fot. B. Barczyk

Właścicielka “Mariny Gliwice”, z wykształcenia inżynier do spraw zaopatrzenia w wodę. Prywatnie uwielbia żeglować i słuchać dobrej muzyki.

Woda dla Pani od zawsze była ważna, była blisko i nie chodzi tu o odległość w kilometrach.

Tak, woda jest istotną częścią mojego życia. Jak ważna rolę pełni ona w świecie, nie muszę nikomu tłumaczyć. Ja natomiast wybrałam studia dotyczące zagadnienia wody. Nie wyobrażam sobie innej formy wypoczynku jak gdzieś przy akwenie wodnym. Jest jeden wyjątek - góry i jazda na nartach. Obecnie, prowadząc “Marinę”, woda jest ze mną cały czas.

Mówiąc o tym uśmiecha się Pani. Czy woda ma tajemniczą moc?

Coś w tym jest. Widok wody, patrzenie na ptaki wodne, przyrodę pozwala się w pracy bardzo zrelaksować.

Nie urodziła się Pani na Śląsku. Tu przyjechali Pani rodzice na studia - tak zaczęła się przygoda ze Śląskiem, i trwa do dzisiaj.

Czasem śmieję się, że jestem gorolem, czyli osobą przyjezdną. Chociaż tak na prawdę jestem stąd. Z tym miejscem związałam swoje całe życie. Tak sobie myślę, że świadomość, że moje korzenie rodzinne są z innej części Polski, pozwoliły mi świeżym okiem zerknąć na Śląsk. Odkryć na nowo jego piękną naturę dla mieszkańców regionu.

Tak odkryłam Kanał Gliwicki. Był długi czas, kiedy nikt się nim nie interesował jako akwenem turystycznym. Był tylko wykorzystywany jako akwen do żeglugi towarowej.

Podróżując po Europie, obserwowałam jak ludzie adoptują różne miejsca na wypoczynek, na rekreację. Były to często miejsca, których nie można nawet było porównać, z naszym kanałem. Nie mniej to Kanał Gliwicki stał odłogiem. Postanowiłam z mężem zmienić ten stan rzeczy i zrobić wszystko, żeby dać mu drugie życie. Przecież ten kanał to brama dla Śląska na szeroki świat.

Urodziła się pani w Kaliszu, ale jest pani Ślązaczką.

To bardzo proste. Moi rodzice przyjechali tu na studia. Zakochali się w sobie i postanowili tu zostać. Uznali, że tu jest duży potencjał i będzie się dobrze żyć. Mama pochodzi z Kalisza, a tata jest góralem. Ja tylko urodziłam się w Kaliszu, ale od urodzenia mieszkam na Śląsku.

To jak to jest? Ślązakiem trzeba się urodzić, czy można nim się stać później?

Dziadkowie mojego męża są rdzennymi Ślązakami z dziada pradziada. Fascynuje mnie ta kultura, rodzinność, relacje międzyludzkie. To jest grupa ludzi z wielkim sercem. Sercem, które oddają rodzinie, ale też sporą jego część poświęcają regionowi.

Ten patriotyzm lokalny od początku we mnie drzemał. Stąd też mimo wielu przeciwności losu, staram się pozostać przy tej idei, że jestem stąd i tutaj chcę pracować.

Pamiętam, że jako dziecko, popłynąłem na wycieczkę Kanałem Gliwickim. Miałem to szczęście, ale nie wszyscy mogli tego doświadczyć.

Kiedy zainteresowałam się tematem Kanału Gliwickiego, to zaczęłam śledzić jego historię.

Już w 1946 roku czyli zaraz po wojnie odbywały się rejsy wodne po kanale i Odrze. Taki stan rzeczy trwał do początku lat 90-tych. Wtedy nastąpiły ciężkie czasy dla przemysłu w regionie i kanał w pewnym sensie umarł. Starsi gliwiczanie do dzisiaj z łezką w oku wspominają statek “Tryton”, którym pływali. Przełom nastąpił w 2010 roku, pojawił się statek, który pływał bodajże przez rok. Niestety temat upadł. Przede wszystkim nie było już zaplecza. “Tryton” cumował nie w porcie a przy Śluzie Łabędy. Tam była zbudowana przystań, prowizoryczna, prymitywna. Potem to nadbrzeże uległo degradacji i nie było skąd wyruszać na takie wycieczki.

Przyszedł rok 2012, to początki “Mariny”. Nawet nie marzyliśmy wtedy, że będziemy mieli statek. Zaczęliśmy od małych łódeczek, kajaków i daliśmy możliwość ludziom, żeby sami odkryli świat wodnych przygód. Nie ma nic lepszego w naszym industrialnym świecie, jak fakt, że wszystkiego można dotknąć, doświadczyć po swojemu. Z perspektywy rzeki wszystko wygląda jeszcze piękniej.

Właśnie, ale jak to wygląda w praktyce. Czy każdy może przyjść do Państwa wynająć łódkę motorową i nią po prostu popłynąć?

Dokładnie tak. My nie tylko wypożyczamy sprzęt pozwalający pływać po kanale. Każda osoba jest także przez nas przeszkolona, zarówno w zakresie obsługi manewrowej  łódki, jak i przepisów żeglugowych. Czyli jak odbywa się przeprawa przez śluzę, jak się zachować, kiedy spotkamy obiekt płynący w naszą stronę, w jaki sposób zacumować gdzieś na kanale.

Brzmi to zachęcająco.

Uważam, że jest to fenomenalne rozwiązanie. Pamiętam jak wielkie emocje towarzyszyły mi, jak pierwszy raz wypłynęłam z portu i kiedy przeprawiłam się przez Śluzę Łabędy. Kiedy te wrota śluzy się otwierały to miało się wrażenie, że to są te wrota na szeroki świat. Widać było, że drogi Europy stoją przed nami otworem. Nie wszyscy wiedzą, że można od nas dopłynąć do Berlina, Amsterdamu, Hamburga, Paryża, a nawet do Marsylii. To oddziaływuje na wyobraźnię. Oczywiście trzeba mieć dużo czasu i pieniędzy, żeby odbyć tak daleka podróż, ale jest to możliwe. Sam fakt, że jesteśmy częścią tak wielkiego organizmu na mnie wywiera ogromne wrażenie.

Złoty okres Kanału Gliwickiego to czasy przed wojną? Czy zgodzi się pani z tym?

Kanał Gliwicki został zbudowany w latach 1933-39, a jeszcze w XIX wieku funkcjonował Kanał Kłodnicki, który łączył Sztolnię Królowa Luiza z Odrą. To był bardzo wąski kanał, małe barki były ciągnięte przez ludzi lub konie. To był czas rozkwitu przemysłu i dlatego Niemcy zdecydowali się na budowę większego kanału.

“Marina Gliwice” odczarowuje mieszkańcom regionu ten kanał. Kiedy zapadła decyzja, że chce Pani podjąć się tego wyzwania?

To był rok 2009 rok. Wróciliśmy z rejsu po kanałach holenderskich i uznaliśmy, że nasz kanał w niczym im nie odbiega. Kanał otacza przepiękna przyroda, do tego dochodzą budynki industrialne, to wszystko sprawia, że mamy do czynienia z wyjątkowym miejscem.

Zaczęliśmy od znalezienia miejsca w porcie na naszą działalność, potem musieliśmy stworzyć całą infrastrukturę. W miejscu, gdzie rozmawiamy nie było nic. Trzeba było zrobić nadbrzeże, wybudować pomosty i kupić sprzęt pływający.

Na początku mieliśmy kilka łódek, teraz mamy ich kilkanaście. W tym roku udało nam się sprowadzić statek, który nazwaliśmy “Foxtrot”.

“Foxtrot” został zbudowany w 1933 roku, wtedy zaczęto budowę Kanału Gliwickiego, a Hitler doszedł do władzy. Sam kanał zaraz po otwarciu dostał nazwę Adolf Hitler Kanal, więc to wszystko jest bardzo wymowne. Myślę, że niektórzy się zastanawiają, kto na tym statku pływał… Początkowo statek pływał w okolicach Berlina, potem po Łabie, między Berlinem a Hamburgiem. Stamtąd go ściągnęliśmy. Dwa lata szukaliśmy na różnych portalach statku na nasze możliwości finansowe, ponieważ są to bardzo drogie “zabawki”.

Atutem naszego statku był fakt, że jest dopuszczony do żeglugi do 2019 roku i nie kosztował dwóch milionów euro.

Potem będzie trzeba zrobić przegląd jednostki pod kątem bezpieczeństwa i możliwości dalszego używania. To bardzo skomplikowany proces. Odbywa się to w stoczni, statek trzeba wyciągnąć na brzeg czyli wydokować. Potem najczęściej jest tak, że trzeba wykonać jakieś prace remontowe. Na szczęście taki przegląd robi się co pięć lat, a nie tak jak w przypadku aut co roku.

Nawiązaliście współpracę z innymi marinami.

Tak, firma wymaga rozwoju. Ciągle musimy wprowadzać nowe rozwiązania, żeby nasza oferta była atrakcyjna. Działamy w Stowarzyszeniu Marin Odrzańskich. Stworzyliśmy sieć marin, które ze sobą współpracują, w każdej z nich znajdzie się bezpieczne miejsce, w którym można odpocząć, zjeść coś czy wziąć prysznic. Próbujemy taką inicjatywą oddolną budować ten szlak turystyczny, który nazwaliśmy roboczo “Szlak Kanału Gliwickiego i Górnej Odry”. Ponieważ obejmuje on cały odcinek Odry i Kanału Gliwickiego, który w dawnych czasach został uregulowany śluzami. Śluz mamy aż 26 do Wrocławia i cały ten odcinek można pokonać bez względu na pogodę. Dużym powodzeniem zaczęły cieszyć się rejsy kulinarne, potem rowerowe, a na koniec muzyczne. Jeśli chodzi o rejsy kulinarne, to za każdym razem inna restauracja przygotowuje menu. Wycieczki rowerowe, też mają swoich zwolenników. Płyniemy przez trzy śluzy i wysadzamy rowerzystów w Ujeździe na terenie województwa opolskiego. Następnie ludzie na rowerach wracają ścieżkami rowerowymi do naszej mariny w Gliwicach.

Proszę powiedzieć na czym polegają wycieczki muzyczne?

To jest nasz ostatni projekt. Pasja muzyczna tkwi we mnie od zawsze, dlatego wszystkie nasze łodzie mają nazwy związane z muzyką: jazz, rock, folk, blues itd. Mamy drewniany statek “ Samba” który, aż się prosił, żeby zorganizować na nim imprezy taneczne. Nasz największy statek nazywał się po niemiecku “Wels” czyli “Sum”. Nie pasowało nam to do koncepcji, więc nazwaliśmy go “Foxtrot” na cześć grupy Genesis, która nagrała płytę pt. “Foxtrot” i nazwa na statku jest napisana taką sama trzcinką jak na płycie.

Jak wygląda Śląsk nocą z perspektywy rzeki?

Niewątpliwie pięknie. Większość naszych tematycznych rejsów kończy się po zachodzie słońca. Płyniemy wtedy po ciemku, a łuna miasta odbijająca się od powierzchni wody przenosi nas w świat magii. Cudownie jest oświetlony sam terminal, kiedy wpływamy nocą do portu, słów zachwytu ze strony pasażerów nie ma końca. Czuć wtedy tę harmonię między industrialnym Śląskiem i otaczającą go naturą.

Myślę, że wiele osób do teraz nie zdaje sobie sprawy, jakie bogactwo natury kryje nasz region. Wystarczy popłynąć 10 km od Gliwic, żeby spotkać liczącą kilkaset sztuk kolonię kormoranów czy siedliska czapli siwych. Nie mówiąc już o kaczkach, łabędziach czy innych małych ptaszkach, których żyje tu bardzo dużo. Turyści, którzy płyną pierwszy raz nie mogą uwierzyć w to, jak bogaty jest nasz Śląsk. Wystarczy wyłączyć telewizor, zejść z kanapy, przyjechać do nas, żeby przenieść się w świat jak z czarów.

 

Galeria zdjęć Ewa Sternal fot. B. Barczyk



Komentarze